„Botoks”, reż. Patryk Vega (2017)


– daję 1 łapkę!

 

Komediowy potencjał filmów Patryka Vegi zazwyczaj zaczyna się i kończy w zwiastunie. Zajawka ma przyciągnąć widzów do kina, gdzie doznają szoku estetycznego i intelektualnego. Botoks w swej formie i wykonaniu sięga dna i leży na łopatkach, taplając się w błocie scenariuszowej miałkości. Reżyser po policji postanowił przyjrzeć się służbie zdrowia i, czerpiąc z doniesień brukowców, skleił historie czterech niepokornych kobiet. Miało być z pazurem, a wyszło jak zwykle…

Botoks

Botoks

Daniela (Olga Bołądź) jest alkoholiczką i wrakiem człowieka. Pewnego dnia po kolejnej alkoholowej libacji jej ojciec wpada pod samochód i umiera. Dziewczyna postanawia, że zostanie ratownikiem medycznym i już po trzech latach widzimy, jak jeździ karetką. Beata (Agnieszka Dygant) pracuje na SORze, gdzie głównie zajmuje się wyjmowaniem obiektów tkwiących w ludzkim ciele. Patrycja (Marieta Żukowska) jest chirurgiem, który musi się zmagać z męskim szowinizmem, a Magda (Kasia Warnke) ginekologiem dokonującym setek aborcji. Jeden szpital, różne historie – wszystkie jednakowo absurdalne i przerysowane, zasługujące na Oscara w kategorii „fantazja”.

Botoks to fabularna gruba kreska, przejaskrawienie i nieudane role. Marieta Żukowska stara się być przerysowana jak Basia z Ciacha, a Piotr Stramowski deklamuje martwe dialogi w stylu zen i eko. Na uwagę zasługuje Agnieszka Dygant, która próbuje tchnąć nieco życia w fatalnie rozpisaną postać. Beata traci miłość swojego życia (jak się domyślamy), a zegar biologiczny daje o sobie znać. Macierzyństwo staje się pewną misją i planem do spełnienia. Targana wątpliwościami i marzeniami uparcie dąży do celu. Dygant stara się odmalować jej zagubienie, ale też nadzieję i pewnego rodzaju misję. Podobnie jest w przypadku Katarzyny Warnke, która z perfekcyjnej pani doktor od aborcji (dokonała ich 721!) zamienia się w oczekującą matkę z moralnymi wątpliwościami. Niestety wszystkie postaci są napisane na kolanie z minimalną wiarygodnością. Trudno się z nimi związać i nadać szerszy kontekst ich zachowaniu.

Botoks

Botoks

Widać, że Patryk Vega kocha swoje bohaterki. Kobiety stawia u steru, obnażając mechanizmy szklanego sufitu i wykluczenia. W przerysowany i brutalnie zły sposób opowiada o niewygodnych elementach polskiej rzeczywistości. Czasami trafia w czułe punkty. Jest dobrym obserwatorem i naczelnym krytykiem, jednak w pośpiechu i grafomanii tworzy film-karykaturę, o której chce się jak najszybciej zapomnieć. Szczególnie, że nagromadzenie nieuzasadnionych obrzydliwości jest ogromne – kopulacja z psem, nieustanne mówienie o przedmiotach w odbycie i pokazywanie płodów. Wiarygodność obrazów służy tylko nachalnemu szokowaniu, nie przysługując się fabule.

Botoks

Botoks

Z niedowierzania marszczyłam czoło. Umierałam z zażenowania i przerażenia w nadziei, że ten zlepek scen w końcu wpadnie we właściwe tory i zacznie tworzyć spójną i logiczną opowieść. Botoks wykorzystuje swój gagowy potencjał, bawi się wizerunkiem Tomasza Oświecińskiego, który stworzył wyrazistą postać w Pitbullu, ale zatapia się w absurdzie, gubiąc ciąg przyczynowo-skutkowy. To tabloidowy krzykacz z zamiłowaniem do turpizmu, który ma tylko przyciągać uwagę i wywoływać szok. Botoks staje się filmem antyaborcyjnym i prorodzinnym wrzuconym w nurt anarchistyczno-konserwatywny. Choć Vega przekracza granice, jest dosadny i brutalny, głosi dość tradycyjne rodzinne wartości. To przede wszystkim zły film, w którym trudno doszukać się pozytywnych elementów. To doskonały przykład, jak nie pisać fabularnych opowieści na kolanie, na szybko i bez spójnej wizji na wszystkich bohaterów.


Zapraszamy do śledzenia nas na Facebooku i Instagramie!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *