Festiwal dobiega końca. Ostatni seans już za mną. Piątek był dniem obfitującym w filmowe emocje. Mam za sobą trzy bloki filmów krótkometrażowych, w których znalazło się aż siedemnaście produkcji. Pojawiło się kilka zaskakujących obrazów i mam nadzieję, że wśród nich znajduje się tegoroczny zwycięzca. Tymczasem przeczytajcie krótkie recenzje.

Re-cycle, reż. Mateusz Lenart

Re-cycle pokazuje świat po prywatnej apokalipsie. Mateusz Lenart tworzy niebywale intensywną i wiarygodną animację komputerową, która przypomina grę w życie. Główny bohater wpadł w sidła czasu i własnej przeszłości. Znalazł się w cyklu powrotów i nie może wyjść z zaklętego kręgu.

Rozpoczyna się intensywnie, ale mogłoby się wydawać niepozornie. Mężczyzna wykonuje ciężką fizyczną pracę, a potem zmęczony pada na kanapę. Chwilę później dzwoni budzik, a główny bohaterk automatycznie przygotowuje śniadanie. Dwa kubki z herbatą, dwa talerze i poranna lektura gazety. Lenart skutecznie punktuje brak żony w świecie mężczyzny. Tęsknota w postapokaliptycznej rzeczywistości ma bardzo mało przestrzeni na wybrzmienie.

Re-cycle wizualnie przypominam światy kreowane przez Bagińskiego. To film, który w sześciu minutach potrafi zawrzeć wiele znaczeń i smaczków do interpretacji. Animacja, która nie podaje niczego na tacy, a dzięki temu prawdziwie intryguje.

Recharge, reż. Michał Hytroś

Recharge to futurystyczna wizja świata, w którym główne miejsce zajmuje samotność i tęsknota. Ona – nieznana z imienia kobieta – zamieszkuje ekskluzywny dom na odludziu. Wyalienowana pogrąża się we własnych myślach i pragnieniach. Towarzyszy jej tylko tajemniczy mężczyzna. Wydaje się, że to doskonała przestrzeń do budowania tajemnicy. Niestety wszystko pochłania nuda i przewidywalność.

Film przypomina romantycznego snuja. Czarno-biały obraz pełen jest ładnych kadrów, ale trudno tutaj o emocjonalne zaangażowanie. Cała opowieść tak naprawdę składa się ze znaków zapytania, ponieważ nic nie wiemy o głównej bohaterce. I z tą niewiadomą pozostajemy.

We mnie, reż. Maria Wider

Traumatyczne wydarzenia, niewypowiedziane słowa i wspólna przeszłość potrafią połączyć dwoje ludzi bardziej niż radosna sielanka romantycznego trwania. Sandra (Małgorzata Gorol) i Dawid (Julian Świeżewski) mają wkrótce wziąć ślub. Ona jest w ciąży, ale narzeczeni nie spodziewają się szczęśliwego rozwiązania – płód ma liczne wady genetyczne. 

We mnie skupia się dwójce bohaterów, którzy są bardzo zagubieni w nowej sytuacji. Każde z nich inaczej reaguje. Szukają winnych, próbują złapać emocjonalny dystans, ale Maria Wider nie spuszcza ich ani na moment z oczu. Reżyserka doskonale wie, kiedy pokazywać emocje, a w jakich momentach na chwilę odpuścić. I choć podejmuje dramatyczny temat, daleka jest od szarży i uczuciowego szantażu. Duża w tym zasługa Małgorzaty Gorol, której oczy potrafią wyrazić więcej niż tysiąc słów.

Ten film to powolna droga przez różne stadia żałoby, które – w przypadku Sandry – odbywają się na przyspieszeniu. We mnie zabiera widza w rejony pełne niedowierzania, złości, wyparcia i smutnej akceptacji. W prostocie i minimalizmie środków wyrazów tkwi klucz do sukcesu.

Kwadratura koła, reż. Karolina Specht

Kwadrat żyje w ciągłym biegu i w chaosie. Jednak to tylko pozory – rzeczywistość, w której się porusza pełna jest powtarzalnych rytuałów. Praca, dom. Dom i praca. Wszystko wydaje się idealnie dopasowane, aż pewnego razu w jego świecie pojawia się ktoś zupełnie różny. Ścieżka Kwadratu przecina się z Kołem, a w widzach pojawia się nadzieja na owocną relację.

Kwadratura koła jest animacją pełną barw i dynamizmu. Karolina Specht nie trafi czasu na piękne wstępy i wielowarstwową narrację. Obrazki są proste, a reżyserka na ich podstawie operuje delikatną metaforyką. Na początku widzimy kolorowe kształty, które wirują na ekranie, aby z czasem zauważyć w nich postaci i międzyludzkie relacje.

Karolina Specht opowiada o zakochaniu, a dzięki dobremu dopasowaniu dźwięku do obrazu, pozwala na zbudowanie emocjonalnej relacji z bohaterami. Figury geometryczne za sprawą stukotu butów czy dźwiękom komunikacji miejskiej znajdują się w konkretnych miejscach, a z chaosu kształtów i barw wyłania się spójna opowieść o szansie na niemożliwy związek. 

Duszyczka, reż. Barbara Rupik

Barbara Rupik zabiera nas w turpistyczną wędrówkę. Zatapia widza w mrok i gęstą, niemal namacalną atmosferę przywodzącą na myśl obrazy Hieronima Boscha bądź Zdzisława Beksińskiego. Duszyczka staje się niezwykle fizyczna, czasami nieprzyjemna w odbiorze, ale za to dopracowana wizualnie i wyróżniająca się na tle animacji prezentowanych w koszalińskim konkursie.

Rzekę wypełnia krew i błoto. Na brzegu leżą rozkładające się ciała zarówno ludzkie, jak i zwierzęce. Z powykręcanych i okropnych zwłok uwalnia się dusza, która gna przez ten brutalny krajobraz pozostały po bitwie. Przybiera kształt ciała, w którym dokonała swego żywota i szuka. Eksploruje krwawą i brudną okolicę. Natrafia na inne dusze zarówno ludzkie, jak i zwierzęce. 

Duszyczka porusza, obrzydza i intryguje. Wzbudza emocje i prowokuje do myślenia ulotności. Bogactwo barw i dynamika ruchu zapadają w pamięci. To ruchomy obraz, którego nie powstydziliby się malarze romantyczni.

Krzyżoki, reż. Anna Gawlita

Dokument kreacyjny to rzadkość. Krzyżoki jest jedyną taką prezentacją na festiwalu w Koszalinie, jaką przyszło mi oglądać. Anna Gawlita opowiada o swojej rodzinnej miejscowości na Opolszczyźnie, gdzie od setek lat w niedzielę Wielkanocną mężczyźni na koniach jadą od wioski do wioski, od domu do domu z figurką zmartwychwstałego Chrystusa, głosząc dobrą nowinę. Pogańskie wpływy mieszają się z chrześcijanizmem, tworzą unikalną tradycję.

Krzyżoki  bez zbędnych słów, w skromnej czarno-białej formie chwytają ulotne momenty. To właśnie zdjęcia sprawiają, że ten film staje się wyjątkowym portretem. Reżyserka wybiera kilku bohaterów. Pokazuje mężczyzn na tle związanym z ich pracą. Na konie wsiadają, m.in. rolnik czy strażak, młodzi i starsi. Całość zatopiona jest w wyjątkowej aurze mistycyzmu. 

Gawlita pokazuje fragment przedziwnej rzeczywistości. Skupia się na estetycznym aspekcie całej historii, ale nie traci z oczu tego, co najważniejsze – ludzi i ich celebracji. Ten film to wizualna perełka i koncepcyjne zaskoczenie. 

Marcel, reż. Marcin Mikulski

Niezuaważalność to jego najważniejsza cecha. Z powodzeniem jeździ bez biletu w autobusie, miga się od pracy i z radością ma swobodę obserwowania ludzi. Marcel (Piotr Żurawski) był taki od zawsze i nauczył się czerpać nieskończone korzyści z tego przedziwnego stanu (nie)bycia w społeczeństwie. Jednak to, co dobre kiedyś się kończy. Mężczyzna ratuje sąsiadkę (Marta Ścisłowicz) przed samobójstwem i jego życie zmienia się nie do poznania.

Marcel to przewrotna komedia, która głównie opiera się na słownych komentarzach samego bohatera. Voice over staje się wyjątkowym przewodnikiem po nudnym świecie rytuałów i samotności. Marcin Mikulski skupia się na mikrorelacjach, czerpie pełnymi garściami z teatru słowa i sprawnie opowiada swoją historię.

Film Mikulskiego prawdziwie bawi lawiną wydarzeń. Ten film składa się z dwóch części: radosnego początku przedstawiającego szczęśliwe życie Marcela i fatalistycznych wydarzeń, które mogą mu całkowicie zrujnować życie. Piotr Żurawski obdarza mężczyznę sporą dawką nieporadności, choć w jego delikatności można odnaleźć nutkę cwaniactwa. Marcel to dobrze wyważony komediodramat.

Bliscy, reż. Zofia Kowalewska

Zofia Kowalewska wyrasta na mistrzynię obserwacji rodzinnych relacji. Jej Więzi zachwycały subtelnym sposobem opowiadania i dziadkach, którzy pomimo licznych wzlotów i upadków, wciąż są gotowi trwać ze sobą na dobre i na złe. Reżyserka skutecznie wyłapuje niuanse zachowań, która rozgrywają się gdzieś między słowami, a mówią więcej niż niezliczona ilość przegadanych scen.

Bliscy to krótka (za krótka!) opowieść o rodzinie w kryzysie, która musi sobie poradzić z chorobą jednej z córek (Marianna Kowalewska). Nie wiemy, co jest przyczyną, że dziewczyna znalazła się w szpitalu. Nie dostajemy pełnej informacji o bieżącej sytuacji i sami musimy zbudować spójny obraz ze strzępków informacji. Dla Kowalewskiej nie tyle istotne jest to, co się dzieje, ale to w jaki sposób. 

Czteroosobowa rodzina spotyka się w szpitalu, a między nimi można wyczuć narastające napięcie. Matka (Ewa Kaim) stara się zachować dobrą minę do złej gry, kiedy pojawia się ojciec (Łukasz Simlat). Z ich reakcji można wyciągnąć wnioski, że nie są już razem, a rodzinne spotkanie jest rzadkością, która wydarza się w kryzysowej sytuacji. 

Bliskich  liczy się atmosfera, ciche gest i spojrzenia. Jedynym zarzutem, który można wymierzyć w stronę filmu Kowalewskiej, to zbyt krótki metraż. Kiedy na ekranie zapada ciemność i pojawiają się napisy jesteśmy rozczarowani, że to już koniec. Że nie dowiemy się nic więcej o tej poranionej, ale kochającej się rodzinie. 

Krzyżówka, reż. Jan Bujnowski

Jan Bujnowski wychodzi od prostego pomysłu: starszy człowiek rozwiązuje krzyżówkę. I to właśnie w tej prostocie tkwi prawdziwa magia innego sposobu opowiadania. Dzięki temu Krzyżówka wyróżnia się na tle poprawnego i przewidywalnego opowiadania. 

Mężczyzna w swej pamięci poszukuje słów i haseł, którymi będzie mógł wypełnić pola. Zaglądamy do jego głowy i śledzimy proces myślowy przepełniony indywidualnymi wspomnieniami. Na ekranie pojawia się pytanie i rozpoczyna się przedziwna wędrówka po meandrach ludzkiego umysłu. Te krótkie scenki pełne są niewymuszonego komizmu i stanowią prawdziwą frajdę poszukiwania haseł.

Krzyżówka to prosta historia opowiedziana z dużym wyczuciem. A do tego finałowa sekwencja dodaje całość głębszego znaczenia, kiedy odkrywamy, że na tytułową krzyżówką głowił się starszy i schorowany człowiek. Hasła odpowiadają indywidualnym historiom. Niby banalne, a sympatyczne i zajmujące. 

Related Posts

Dom z papieru  okazał się sporym sukcesem. Prosta koncepcja napadu na mennicę, zamknięcie...

 – daję 7 łapek! „Trafikant” oparty jest na bestsellerowej powieści Roberta Seethalera. Jednego z...

-daję 8 łapek! Bez patetycznego zadęcia i podniosłej aury obcowania z geniuszem Ron Howard...

Leave a Reply