„Mudbound”, reż. Dee Rees [TIFF]


– daję 7 łapek!

Opowieść zatopiona w błocie i brudzie ludzkiej podłości i egoizmu. Kino amerykańskiego moralnego niepokoju o rasistowskiej walce i wojennych traumach. Mudbound to wielka historia małych ludzi, która uderza szczerością i dosadnością bolesnych obrazów z niechlubnej przeszłości. Dee Rees opowiada o problemie trapiącym Amerykę. Po ostatnim wysypie filmów o niewolnictwie idzie o krok dalej, skupiając się na lata 40. ubiegłego wieku, by pokazać, jak trudno zmienić ludzkie myślenie. Wychodząc od banalnej historii małżeństwa, przybiera szerszej perspektywy i wbija w ziemię. 

Mudbound

Mudbound

Henry (Jason Clarke) poznaje Laurę (Carey Mulligan) i niemal od razu wie, że kobieta zostanie jego żoną. Małżeństwo z rozsądku z dominującym mężczyzną staje się ucieleśnieniem patriarchalnej wizji świata, w której kobieta siedzi w domu i wychowuje dzieci. Henry marzy o farmie i uprawnieniu ziemi. Dość szybko wprowadza swoje plany w życie i oboje znajdują się na Południu Stanów, gdzie podziały rasowe są niezwykle silne. Pomimo wolności, czarnoskóre rodziny stają się zależne od białych najemców, a segregacja rasowa trwa w najlepsze.

To, co zapowiadało się na ponurą rodzinną opowieść przeradza się w brutalny portret rzeczywistości i mentalności Południa. O ile czarnoskóry mężczyzna może ryzykować swoim życiem w służbie Stanom Zjednoczonym, wyznaczony na pierwszą linię frontu II wojny światowej, nie może liczyć na wyrozumiałość w przestrzeganiu podstawowych praw człowieka i równego traktowania. Ku Klux Klan ma się bardzo dobrze i nie zamierza ustać w działaniu w zgodzie ze swoją ideologią.

Dee Rees opowiada o świecie męskiej stanowczości i zaciętości. Skupia się nie tylko na podziałach rasowych, ale również na traumie wojennej. Brat Henry’ego (Garrett Hedlund) po powrocie z Europy jest wrakiem człowieka, który jako jedyny potrafi wyciągnąć rękę Ronsela (Jason Mitchell). Łączy ich wspólnota przeżyć i doświadczeń, których nikt nigdy nie będzie w stanie zrozumieć.

Mudbound

Mudbound

Mudboud staje się kinem ważnym i bolesnym, który – pomimo długiej i nużącej sekwencji wprowadzającej – zasługuje na uwagę. Wszelkie problemy ze zbyt niezdecydowaną ekspozycją zostają zrekompensowana intrygującym portretem społeczności, w której grzechy ojców kładą się cieniem na nowym pokoleniu. Rees pokazuje, że komunia doświadczeń i empatia mogą być początkiem komunikacji i porozumienia. Cichy i wyważony film, który opowiada a nie szpanuje efektownymi bohaterami i rozwiązaniami. Solidne kino w imię trudnej sprawy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *