Społeczeństwo się zmienia. Rozwarstwienie przybiera na sile. Strach przed przyszłością kładzie się cieniem na teraźniejszości. Czy czeka nas apokalipsa? „Bunker” Floriana Zellera skupia się na międzyludzkich relacjach. Stawia pytanie o budowanie społeczności i nieco zbyt nachalnie prowadzi do przewidywalnych wniosków – szanuj sąsiada swego, bo może okazać się pomocny w najmniej spodziewanym momencie.
Luksus, moralne wątpliwości i mury prywatności
Miguel (Javier Bardem) właśnie otrzymał prestiżową nagrodę architektoniczną. Drzwi przed nowymi projektami stają przed nim otworem, a kariera nabiera tempa. Dostaje propozycję zaprojektowania samowystarczalnego bunkra na Hawajach dla jednego z najbogatszych potentatów technologicznych na świecie. Cena nie gra roli, pojawiają się jedynie moralne wątpliwości. Sofia (Penélope Cruz), jego żona, uważa, że to nie jest projekt, który powinien zaprzątać jego myśli. Nie jest przekonana do intencji bogacza, który chce odciąć się od świata i zapewnić sobie przetrwanie w czasie kryzysu, za który sam może być odpowiedzialny.
Małżeństwo obiektywnie wydaje się szczęśliwe – oboje odnoszą sukcesy, mieszkają w pięknym domu i mają dwie córki. Jednak Sofia utkwiła w martwym punkcie swojej kariery – z dala od Madrytu nie ma szans na awans w brytyjskim wydawnictwie. Wydaje się, że oboje znajdują się w martwym punkcie swojego związku, a Sofia coraz bardziej krytycznie przygląda się własnemu życiu oraz decyzjom męża.
Na domiar złego sąsiad zaburza ich bezpieczny azyl, wykuwając dziurę w dzielącym ich murze. Chce zamontować okno, które da trochę światła w odziedziczonym przez niego garażu. Dla Miguela to naruszenie prywatności, na które nie jest w stanie się zgodzić. Już bardziej dosłownie inwazji obcego do hermetycznej i bezpiecznej rzeczywistości nie można pokazać.

Ekranowa chemia Bardema i Cruz oraz emocjonalna izolacja
Największą siłą filmu jest niezaprzeczalna, organiczna chemia między Penélope Cruz i Javierem Bardemem. Aktorzy bez wysiłku budują na ekranie wielowymiarowy portret relacji w kryzysie. Zeller pięknie pokazuje, że „Bunker” to także opowieść o emocjonalnej izolacji wewnątrz związku. Miguel i Sofia sami zamykają się w swoich własnych, niewidzialnych przestrzeniach, panicznie unikając rozmów o tym, co naprawdę czują. W tle rezonuje utwór „when the party’s over” Billie Eilish, który idealnie podbija ten melancholijny stan wyobcowania i dusznej niemocy wyjścia poza własne schematy.
Kameralny dramat w szponach dosłowności i prostych tez
Florian Zeller tworzy kameralny dramat, by opowiedzieć o postępującej izolacji społeczeństwa. Małe społeczności przestają istnieć. Ludzie zamykają się w swoich domach, a strach coraz częściej przejmuje kontrolę. Miguel i Sofia mają swój mały świat, który zaczyna się kruszyć. Jedno nieporozumienie prowadzi do przemyśleń, które mogą popchnąć ich związek w niekoniecznie przyjemnym kierunku. Zeller lubi i potrafi opowiadać o ludziach oraz relacjach w kryzysie. Jest uważny na swoich bohaterów. Opiera się na małych gestach i tropach, które rzucone mimochodem potrafią nadawać znaczenie opowiadanej historii.
„Bunker” zaczyna od dobrej koncepcji, ale punkt wyjścia dość szybko rozmywa się w dosłownościach i nachalnych tłumaczeniach. Zeller zdaje się nie wierzyć w swojego widza. Każdą metaforę i drobną sugestię niemalże natychmiast musi wytłumaczyć. Dobre pomysły zostają wymazane przez bardzo dosłowny finał. Gdyby ten film skończył się 10 minut szybciej, byłby zdecydowanie lepszy. Tymczasem to prosta historia skonstruowana pod przewidywalną tezę: nie zamurowujmy okien na swoje własne światy.

Follow

