Dwóch mężczyzn siedzi przy stole. Jeden z nich, doświadczony i pewny siebie, uczy młodego człowieka wchodzącego do branży medialnej, co jest najważniejsze w newsie. Zasada pięciu „W” (what, who, when, where, why) na pewno zapisze się w pamięci Larry’ego Lamba (Jack O’Connell), który doskonale rozumie, że im dłużej nie wiemy „dlaczego” coś się dzieje, tym bardziej jesteśmy ciekawi, a podsycanie emocji tłumu jest niesamowitą siłą, której nie można zatrzymać.

Drużyna Pierścienia według Ruperta Murdocha
„Ink” Danny’ego Boyle’a to opowieść o powstawaniu współczesnych mediów. Historia przesuwania granicy coraz bardziej i testowania wyporności biznesu, politycznej poprawności i dobrego smaku. Larry Lamb przejmuje „The Sun” jako niespełniony wydawca „Mirror Daily” zakleszczony na drabinie do sukcesu. Ze swobodą działania i wielkimi oczekiwaniami Rupert Murdocha (Guy Pearce) musi wymyślić codzienną prasę na nowo i przyciągnąć uwagę brytyjskiego społeczeństwa. By to osiągnąć wyrusza na łowy. Potrzebuje ekspertów w swoich fachów, ludzi ciekawych i żadnych sukcesu. Niczym Frodo zbiera swoją drużynę pierścienia i wyrusza po tytuł najlepiej sprzedające się gazety w Wielkiej Brytanii. Czy osiągnie to z poszanowaniem granic i moralności – to już inna sprawa.
Danny Boyle pokazuje, że wszystko, co jest prywatne może stać się publiczne. Na wszystkim można zrobić pieniądze i przykuć uwagę czytelnika. Stawia pytanie, czy opinia publiczna powinna dostawać każdą informację i jak dokonywać selekcji. Pokazuje ludzi pełnych werwy, zapaleńców z ideą, którzy nieustannie balansują na granicy, odkrywając nieznane lądy w dostarczaniu informacji. Larry Lamb rysuje się w tej opowieści jako demoniczny władca dusz odkrywający klucz do zdobywania uwagi. Jack O’Connell skutecznie zarysowuje przemianę swojego bohatera od upokorzonego świeżaka do wszechwładcy, który nie cofnie się przed niczym. Jest oślizgły, antypatyczny, ale jego zafiksowanie na przekraczaniu kolejnych granic nie bierze się z niczego.

Droga do współczesnej tabloidyzacji
I choć “Ink” ma momenty słabości – choćby dość łopatologiczne wyłożona postać Joyce (Claire Foy), która na odchodne rzuca tekstem o przecieraniu szlaków i poświęceniu dla innych kobiet, wciąż doskonale ogląda się ten film jako zapis drogi do miejsca, w którym znajdujemy się teraz. Rupert Murdoch był i jest doskonałym biznesmenem. Spienięża newsy i kieruje uwagę. Poznając Lamba, wchodził do świata, który był mu obcy. To dzięki niemu stał się magnatem mediowym rządzącym duszami milionów czytelników i widzów na świecie. Stworzył potrzebę śledzenia potknięć innych ludzi, zaglądania za kulisy, do alkowy, do najbardziej intymnych sfer życia. Co prawda w opowieści Boyle’a jest zagubionym obserwatorem poczynań swojego pracownika, ale szybko uczy się, że biznes nie bierze jeńców.
Rockowy rytm i mroczny dramat
Brytyjski reżyser w rockowym stylu opowiada o wielkim sukcesie i wielkim upadku. Początek filmu jest buntowniczy w swojej wymowie, jak i muzycznie – wizjonerzy i dzieci nowego świata (1969 rok) idą po swoje, wchodzą w nową rzeczywistość, pokazują inną drogę ludziom którzy tkwią w starych schematach. Czuć w nich niebywały entuzjazm i chęć tworzenia. Z czasem tytułowy tusz coraz bardziej pokrywa koszulę Lamba, jakby ta czerń wychodziła z jego duszy.
“Ink” pokazuje portret makiawelicznego twórcy. Rozpoczyna się entuzjastycznie, przechodząc w mroczny dramat na temat tego, jak bardzo można eksploatować cudzą prywatność. Skupia się na jednej ze spraw porwania dla okupu Muriel McKey, żony zastępcy Murdocha. To studium przypadku, ale też obraz całego krajobrazu naszej rzeczywistości. Boyle jest uważny na niuanse, skupiony na swoich bohaterach, ale nie ma w nim złośliwości czy kąśliwości.
Czy warto obejrzeć „Ink”? Podsumowanie
Film otwarcia festiwalu w Wenecji ustawia poprzeczkę dość wysoko. Boyle z pazurem pokazuje świat, w którym tworzyły się nowe zjawiska i idee. Ma w “Ink” kilka świetnych ujęć (np. Larry Lamb na tle maszyny drukarskiej), muzyczny pazur i aktorskie perełki.
Wracając do lekcji z początku filmu: po seansie wiemy już doskonale kto, co, gdzie i jak stworzył potwora współczesnej tabloidyzacji. Najbardziej przerażająca pozostaje jednak odpowiedź na to ostatnie „W” – dlaczego to zrobili. Bo mogli. I bo dokładnie tego od nich zażądaliśmy.

Follow

