Gala finałowa 83. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji już za chwilę. Nim poznamy decyzje tegorocznego jury i dowiemy się, do kogo powędruje Złoty Lew, czas na pełne podsumowanie stawki.
Tegoroczny Konkurs Główny był niezwykle różnorodny – od intymnych, skromnych dramatów cichych gestów, przez drapieżne publicystycznie reportaże, aż po wielkie nazwiska, które nie zawsze dowoziły poziom. Gdybym to ja przyznawała nagrody, moje serce powędrowałoby do skromnego „A Bit of Light” Alego Asgariego, a aktorską statuetkę bez wahania oddałabym Albie Rohrwacher za rolę w „Un bon petit soldat” i Johnowi Malkovichowi za „Wild Horse Nine”. Główna nagroda trafiłaby do „DAU”.
Oto moje subiektywne podsumowanie wszystkich 21 tytułów walczących o tegoroczne nagrody.
1. „Ink” – reż. Danny Boyle (Film Otwarcia)

„Ink” pokazuje portret makiawelicznego twórcy. Rozpoczyna się entuzjastycznie, po czym przechodzi w mroczny dramat o tym, jak bardzo można eksploatować cudzą prywatność. Skupiając się na sprawie porwania dla okupu Muriel McKey (żony zastępcy Ruperta Murdocha), Boyle tworzy precyzyjne studium przypadku, ale i poruszający obraz całego współczesnego krajobrazu medialnego. Reżyser jest uważny na niuanse i skoncentrowany na bohaterach – nie ma w nim złośliwości ani taniej kąśliwości.
Film otwarcia ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Boyle z pazurem pokazuje świat, w którym wykuwały się nowe zjawiska i idee. Zostawia nas z kilkoma absolutnie wyśmienitymi ujęciami (jak Larry Lamb na tle maszyny drukarskiej), muzycznym pazurem i aktorskimi perełkami.
2. „A Bit of Light” (Kami Nour) – reż. Ali Asgari
Jedno z najciekawszych i najbardziej przejmujących zaskoczeń tegorocznego Konkursu Głównego. Obraz poruszający w swojej prostocie, wolny od nachalnych tłumaczeń czy ideologicznych dopowiedzeń. Pełen czegoś nieuchwytnego, co z miejsca przyciąga do bohatera i jego tragicznej historii. Asgari ufa inteligencji oraz wrażliwości widza – nie wykłada wszystkiego na tacy, co w tegorocznym programie było wartością niezwykle rzadką. Skromne, przejmujące kino małych gestów i poruszeń.
3. „Possible Love” (Ga-neung-han Sa-rang) – reż. Lee Chang-dong
Inspirowana „Dekalogiem” Krzysztofa Kieślowskiego opowieść o straconych szansach, pożądaniu rzeczy i żony bliźniego swego. „Possible Love” opowiada o dwóch rodzinach w Korei: jednej niebywale się powiodło (odnosi sukces finansowy i uczuciowy), druga nieustannie zmaga się z demonami przeszłości, brakiem perspektyw i pragnieniem lepszego świata. Druga połowa filmu jest zdecydowanie lepsza, bardziej skondensowana i mocniej rezonująca z widzem.
4. „Wild Horse Nine” – reż. Martin McDonagh
Słodko-gorzka opowieść o przyjaźni, stawianiu czoła rzeczywistości i dokonywaniu niemożliwych wyborów. Czy agent stojący za zabójstwem 68 osób oraz zmianami wpływającymi na rządy i przyszłość całych krajów żałuje czegoś na łożu śmierci? Z pewnością tego, że nie spędzał więcej czasu z końmi zamiast z ludźmi. Świadomy konsekwencji swoich działań, nabył ironiczny stosunek do świata. Otoczony murem poczucia humoru i kąśliwych komentarzy zdaje sobie sprawę, że trybów w machinie historii nie da się zatrzymać.

Film zachwyca niezwykle ciętym językiem i trafnymi spostrzeżeniami. John Malkovich jest wyśmienity jako zmęczony, rozczarowany życiem agent CIA, który dostrzega ironię własnego losu. Sam Rockwell po raz kolejny udowadnia z kolei, że jest mistrzem puenty i celnej riposty. Obaj aktorzy znakomicie prowadzą słowne potyczki, ale potrafią też wygrać momenty zadumy i niewypowiedzianych emocji. Sprawnie skonstruowana opowieść o męskiej przyjaźni oraz ludzkiej naturze – ostatnie pożegnanie umierającego sumienia.
5. „Look Back” – reż. Hirokazu Kore-eda
Pełna czułości i wrażliwości opowieść o przyjaźni między dwoma dziewczynkami, Fujino i Kyomoto (na dwóch płaszczyznach czasowych grają je w sumie cztery aktorki: Natsuki Deguchi, Furi Nanase, Aju Makita oraz Rokka Okada), które łączy miłość do mangi. Pierwsza z nich jest otwarta i pełna energii, druga – zamknięta w sobie, spędza czas w domu na doskonaleniu warsztatu.
Gdy ich drogi się przetną, staną się dla siebie nawzajem lustrem, ale też największą siłą w kroczeniu ku dorosłości. Kore-eda tworzy metaforyczną opowieść o różnicy między natchnieniem a rzemiosłem, skupiając się na tym, jak sztuka może napędzać do działania i przenikać się z życiem. Japoński mistrz uderza w sentymentalne tony, ale robi to na tyle subtelnie, że skutecznie porusza, nie irytując ani przez moment.
6. „Bunker” – reż. Florian Zeller
Film rozpoczyna się od świetnej koncepcji, ale punkt wyjścia dość szybko rozmywa się w dosłownościach i nachalnych tłumaczeniach. Zeller zdaje się nie wierzyć w swojego widza – każdą metaforę i drobną sugestię niemalże natychmiast musi wyłuszczyć. Dobre pomysły zostają wymazane przez bardzo łopatologiczny finał. Gdyby ten film skończył się 10 minut wcześniej, byłby zdecydowanie lepszy. Tymczasem dostajemy prostą historię skonstruowaną pod przewidywalną tezę: nie zamurowujmy okien na swoje własne światy.

7. „Company” – reż. Casey Affleck
Historia w historii o historii. Szkatułkowa struktura filmu Casey’a Afflecka potrafi jednocześnie fascynować i irytować. W „Company” sztuką jest utrzymanie uwagi widza na opowieści, która zdecydowanie lepiej sprawdziłaby się na papierze. Różni bohaterowie, odmienne narracje, ale wszystko sprowadza się do jednego: ich siła tkwi w tym, że po drugiej stronie istnieje ktoś, kto po prostu chce słuchać.
Obraz jest estetycznie dopracowany, intrygujący w założeniach, ale niestety nie do końca przekonujący. Affleck żongluje gatunkami (western, baśń, horror), jednak cała ta opowieść nie jest na tyle zajmująca, by chcieć jej słuchać bez końca.
8. „Succederà questa notte” (It Will Happen Tonight) – reż. Nanni Moretti
Wymęczony melodramat o dwójce bohaterów przeznaczonych sobie, którzy przez życiowe okoliczności nie mogą być razem. Film jest przeokropnie przeromantyzowany i tak sztucznie przeciągnięty, że ostatecznie przestaje wzbudzać jakiekolwiek autentyczne emocje.
9. „Primetime” – reż. Lance Oppenheim
Pamiętacie kultowy (i potężnie kontrowersyjny) program „To Catch a Predator”, w którym łapano przed kamerami oprawców nieletnich? Oppenheim zabiera nas za kulisy telewizyjnej machiny z początku wieku. Robert Pattinson jako gospodarz show, niczym mroczny strażnik moralności, próbuje ratować świat, ale granica między dziennikarską etyką a pogonią za słupkami oglądalności zaciera się tu błyskawicznie.

Błyskotliwa, drapieżna rola Pattinsona, obłędnie klaustrofobiczne zdjęcia utrzymane w klimacie reality TV lat 2000. i niezwykle gorzki obraz mediów, które dla klikalności zrobią wszystko.
10. „The Echo Chamber” – reż. Andrea Pallaoro
Opowieść o miłości i uzależnieniu. Leo (producent muzyczny zmagający się z chronicznym bólem) i Anne (lekarka) poznają się podczas sesji fizjoterapii. Zakochują się w sobie, ale szybko wpadają w toksyczny cykl rozstań, powrotów, tęsknoty i przesytu – uzależniając się nie tylko od siebie, ale i od leków przeciwbólowych.
Pallaoro chciał pokazać relację, która rodzi się z potrzeby bliskości, a staje się przyczyną destrukcji. „The Echo Chamber” miało potencjał na przejmujące studium złych wyborów dokonywanych z miłości. Otrzymaliśmy jednak kino fatalnych dialogów, rozwlekłej narracji i energii zawieszonej w zupełnie niewłaściwych miejscach.
11. „Bucking Fastard” – reż. Werner Herzog
Kate Mara i Rooney Mara tworzą hipnotyzujący duet – zsynchronizowane ze sobą, stają się niemal jednym organizmem. Их bliskość fascynuje i niepokoi jednocześnie. Obie aktorki grają z wielką uważnością na detal, wygrywając mikroekspresje budujące tę niezwykłą relację.

I choć druga połowa filmu traci początkowe tempo, uciekając w chłodną kontemplację i specyficzny powrót do natury, Herzog po raz kolejny udowadnia, że klasyczna linia fabularna zupełnie go nie interesuje. „Bucking Fastard”pozostawia widza z uczuciem konsternacji. Herzog tworzy film-doznanie, kinową podróż przez pragnienia i metafory. Wraz z siostrami Halbrooke wchodzimy do Czerwonego Pokoju, by podążać za lisem ku pociągającej rzeczywistości.
12. „Un bon petit soldat” (A Good Little Soldier) – reż. Stéphane Brizé
Alba Rohrwacher jako posłuszna żołnierka na usługach korporacji jest niebywale wciągająca. To do niej powinna powędrować aktorska nagroda tegorocznego festiwalu. Jej Carla skupiła całe życie na pracy – rozwiedziona, dzieląca opiekę nad synem, wszystkie siły rzuciła na rozwój kariery. W nowym miejscu nieustannie boi się, że nie doskakuje do wyśrubowanych standardów.
Stéphane Brizé świetnie pokazuje metody systemowej manipulacji, mobbing i korporacyjne budowanie złudzenia „wielkiej rodziny”. Pokazuje, jak nieustanne napięcie odbija się na życiu prywatnym. Bardzo blisko bohaterki, pędzącej niczym chomik w kołowrotku. Bardzo dobre, rzetelne kino.

13. „Il fuoco che ti porti dentro” (The Fire Within You) – reż. Edoardo De Angelis
Spotkania rodzinne powinny być pełne ciepła, ale nie w domu Antonio. Mężczyzna uciekł z południa Włoch do Mediolanu, by być jak najdalej od matki. Gdy Angela przyjeżdża z Sycylii na święta, jeden wieczór zamienia się w pasmo ciętych ripost, wiecznych pretensji i wzajemnego obrażania. Intensywny dramat rodzinny o opresji i trudnej sztuce wybaczenia, który wybrzmiałby znacznie lepiej, gdyby reżyser nie starał się wszystkiego dopowiedzieć na siłę.
14. „Woman Unknown” (Kvinde Ukendt) – reż. May el-Toukhy
Empatycznie skonstruowana opowieść, która tylko momentami staje się zbyt dosłowna. Powtórzona scena obcinania włosów działa niczym refren przypominający widzom, że w tym świecie nie ma przestrzeni na odkupienie – kobiety musi spotkać kara. Podczas gdy samozwańczy jeźdźcy sprawiedliwości widzą świat zero-jedynkowo, dla głównej bohaterki rzeczywistość mieni się w wielu odcieniach szarości.
15. „Ritorno a Buenos Aires” – reż. Marco Bechis
Mariano Guerra po ponad trzydziestu latach wraca do Argentyny, by wziąć udział w procesie rozliczającym oficerów dawnego reżimu. Mężczyzna musi stawić czoła przeszłości i dokonać wyboru między prawdą a milczeniem. Bechis stoi jednak w pół kroku między dramatem psychologicznym a kinem rozliczeniowym. Sam proces wydaje się zbyt teatralny, a finałowa scena imprezujących świadków – wydumana i odklejona od rzeczywistości.
16. „15/18” (A Place to Heal) – reż. Cédric Kahn
„15/18” to oddział psychiatryczny we francuskim szpitalu. Cédric Kahn przygląda się grupie nastolatków zmagających się z zaburzeniami odżywiania, epizodami psychotycznymi czy skłonnościami do samookaleczeń. Francuski reżyser tworzy zajmujące kino społeczne ze świetnie skonstruowanym bohaterem zbiorowym. Każdy ma tu swoją przestrzeń, a cała opowieść staje się wymownym głosem na temat systemu ochrony zdrowia psychicznego.
17. „Dau” – reż. Ilya Khrzhanovsky
Poruszający portret jednostki zmagającej się z przeznaczeniem na tle radzieckiej rzeczywistości – od wiary w nowy świat po inwigilację i utratę wolności. Gdy bohater traci zawodową autonomię, próbuje odzyskać swobodę w życiu prywatnym. Liczne romanse i skomplikowana gra z żoną sprawiają jednak, że zatraca samego siebie oraz zdolność do czystej miłości.
18. „Un peu avant minuit” (A Bit Before Midnight) – reż. Nicolas Pariser
Przegadane, do cna klasyczne kino francuskie. Dojrzały mężczyzna wyrusza w podróż pełną rozliczeń z przeszłością. Spotkania z kobietami punktują jego dawne błędy, pokazując przy tym, że wcale nie był centrum ich wszechświata. Proste, pretekstowe kino, po którym niewiele zostaje w głowie.
19. „L’estranea” (The Spiral) – reż. Paolo Strippoli
Czy można oszukać przeznaczenie i targować się z Fortuną (lub Diabłem w kobiecej postaci)? Paolo Strippoli tworzy kino przerysowane, puszczające oko do widza. Całość opiera się na szkatułkowej opowieści matki wyznającej córce grzechy całego życia i pakt zawarty przed laty z tajemniczą kobietą (świetna Valeria Bruni Tedeschi). Fantastyczna, wciągająca zabawa konwencją.

20. „Mr. Nelson, Did You Kill People?” – reż. Shinya Tsukamoto
Biograficzna historia Allena Nelsona – żołnierza, który po powrocie z wojny w Wietnamie próbował przekuć swoją traumę i PTSD w drogę ku pojednaniu. Posiada kilka świetnych założeń inscenizacyjnych (szczególnie na początku), ale im dalej w las, tym bardziej reżyseria staje się chaotyczna. Największe rozczarowanie w kwestii zmarnowanego potencjału materiału wyjściowego.
21. „NAZA” – reż. Yuval Abraham, Rachel Szor
Niezwykle bezkompromisowe, polityczne kino operujące formą dziennikarskiego śledztwa. Twórcy rozmawiają z oficerami izraelskiego wojska i służb, pokazując, jak przy użyciu najnowszych technologii i AI zaprojektowano machinę zniszczenia w Gazie. Kino bolesne, ważne i chłodno powściągliwe w środkach wyrazu.


Follow

