„Ciemniejsza strona Greya”, reż. James Foley (2017)


”Biegnij

 – daję 4 łapki!

Jest dużo lepiej niż ostatnio! Albo przez te dwa lata zdążyłam obejrzeć tak dużo miernych filmów, że mój poziom tolerancji wzrósł. Obraz jest słaby, ale za dobre zdjęcia otrzymuje ode mnie łapkę extra.

Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć recenzje, w których zniechęcałam do wizyty w kinie. Wychodzę z założenia, że niemalże każdą produkcję warto kiedyś zobaczyć. Niezależnie od gatunku, tematyki i poziomu warsztatu twórców – złe filmy też mogą nas o coś wzbogacić.

Jest jednak kilka takich, na które nie warto pędzić do kina i spokojnie można poczekać, aż któregoś popołudnia pojawią się w TV, byśmy mogli oglądać je jednym okiem podczas prasowania, wykonywania codziennych ćwiczeń czy skręcania mebli. Tak właśnie sprawa się ma z „Ciemniejszą stroną Greya”.

Kadr z filmu „Ciemniejsza strona Greya”.

Film otwiera wizualizacja wspomnienia Greya (Jamie Dornan) z dzieciństwa. To te traumatyczne przeżycia są źródłem jego dziwactw – sadystycznych ciągot czy tego, że nikomu nie pozwala dotknąć swojej klatki piersiowej.

Po chwili wracamy do współczesności. Dakota Johnson irytuje już w pierwszej scenie, w której się pojawia. Samotna – choć kobieta sukcesu – niekoniecznie szczęśliwa. Snuje się po domu, a w odpowiedni nastrój widza wprowadza (przyznaję, pasująca do całości) ścieżka dźwiękowa. Zupełnie jak u Bridget Jones.

Anastasia Steele otrzymuje od kuriera bukiet róż z bilecikiem, zawierającym życzenia powodzenia w nowej pracy. Zamierza wyrzucić kwiaty do kosza, jednak coś ją powstrzymuje. Z kolei w biurze czeka na nią przystojny szef (Eric Johnson), który z czarującym uśmiechem podaje ulubioną herbatę.

Kadr z filmu „Ciemniejsza strona Greya”.

Dziewczyna idzie na wystawę swojego przyjaciela José (Victor Rasuk), gdzie okazuje się, że jest jej bohaterką. Ktoś kupuje wszystkie przedstawiające ją portrety. Kto? No tak, Christian Grey.

Dawni kochankowie spotykają się – on chce ją odzyskać, ona się opiera. Pierwszy dialog, a już jestem tak zażenowana, że chciałabym jak najszybciej opuścić salę kinową.

W końcu Ana daje się przekonać i idzie z ukochanym na kolację. Zmusza go do mówienia. Renegocjują warunki swojej dawnej umowy.

„Co chcesz wiedzieć?” – pyta Christian. „Wszystko” – odpowiada kobieta. Po czym Grey rzuca: „Moja biologiczna matka umarła, gdy miałem 4 lata. Przedawkowała. Resztę sobie dopowiedz” i Anie w zupełności to wystarcza. Znów są razem. Zakochani do szaleństwa.

Anastasia otrzymuje w prezencie MacBooka i iPhone’a, a potem jesteśmy świadkami rozkosznej wymiany SMSów. Wiecie, jak to w gimnazjum.

Kadr z filmu „Ciemniejsza strona Greya”.

Fabuła? Szykowanie się na bal, seks na balu, noc po balu, seks na jachcie. Nie będę także polemizować z Magdaleną Boczarską, która w jednym z wywiadów powiedziała, że w „Sztuce kochania…” mają o wiele lepsze sceny seksu niż w ekranizacjach powieści o Greyu.

Przyznam, że momentami jest zabawnie. Częściej jest to śmiech z zażenowania, ale jednak w tej części kreacje panny Steele i pana Greya wydają się być bardziej wiarygodne niż poprzednio. „Pięćdziesięciu twarzom Greya” przyznałam tylko jedną łapkę, a tym razem rzeczywiście uwierzyłam, że Dakota jest Aną, a Jamie jest Christianem.

Kadr z filmu „Ciemniejsza strona Greya”.

Za muzykę w „Ciemniejszej stronie Greya” odpowiedzialny jest wyjątkowo utalentowany Danny Elfman, którego znamy m.in. z „Soku z żuka”, „Edwarda Nożycorękiego” czy „Alicji w Krainie Czarów”. Jego kompozycje ginęły jednak pośród wyeksponowanych utworów takich gwiazd popkultury jak Rita Ora, Sia, John Legend czy Nicki Minaj i Nick Jonas.

I tak: ścieżka dźwiękowa, malownicze ujęcia z lotu ptaka i klata Dornana – to są elementy, które mogą się podobać. Całości nie uratują, ale nie przeczę, że czasem przyjemnie jest obejrzeć film, który nie ma większego sensu.


Zapraszamy do śledzenia nas na Facebooku i Instagramie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *