„Czwarta władza”, reż. Steven Spielberg (2017)


– daję 8 łapek!

Raport Roberta McNamary wstrząsnął amerykańską opinią publiczną. Pokazał obłudę władzy, kłamstwa prezydentów w sprawie wojnie w Wietnamie i wyciągnął na światło dzienne brudy administracji państwowej. Stał się pretekstem do dyskusji o wolności mediów i ich roli w rozliczania polityków z ich obietnic, deklaracji i słów wypowiadanych publicznie. The Washington Post wykorzystał swój moment i zawalczył o esencję dziennikarstwa. Steven Spielberg pokazuje historyczny moment w niezwykle skromnej formie i z jednostkowej perspektywy. Przedstawia silnych i intrygujących bohaterów, za którymi chce się podążać.

Czwarta władza

Czwarta władza

Kay Graham (Meryl Streep) została właścicielką gazety po śmierci swojego męża. Pierwsza kobieta na tak ważnym stanowisku musi stawiać czoła zarządowi i kryzysowi, który dopada lokalną prasę. Wraz z Benem Bradlee (Tom Hanks), dziennikarskim asem, stara się utrzymać na powierzchni. Oboje należą do śmietanki towarzyskiej. Są za pan brat z politykami i przez lata nauczyli się ważyć wypowiadane i pisane słowa. Kiedy do prasy przecieka raport McNamary, a The New York Times otrzymuje zakaz publikowania kolejnych artykułów, The Washington Post otrzymuje swoją okazję nie tylko przebicia się do świadomości czytelników, ale pokazania władzy, że kłamstwa nie będą dłużej tolerowane.

Czwarta władza jest filmem niezwykle intensywnym i złożonym. Na pierwszym planie znajduje się batalia mediów z władzą i moralne rozważania nad istotą publikowania otrzymanych materiałów. Spielberg pokazuje, jak dziennikarze przekopują się przed stertę dokumentów pod presją czasu i prawników gazety, a kluczowym staje się dylemat, czy publikować uzyskane materiały czy nie. Duet wydawcy – Graham i redaktora naczelnego – Bradlee wypada niesamowicie. Ostrzy, skupieni i niezwykle analityczni bez nadmiaru emocji podchodzą do zastanej sytuacji. Hanks i Streep są opanowani, a Spielberg niczym wirtuoz buduje napięcie. I choć opowiada o Sprawach Ważnych, daleko mu do patetycznego tonu.

Czwarta władza

Czwarta władza

Dużą – drugoplanową rolę – odgrywa tutaj feminizm. To temat, który nie jest tylko i wyłącznie tłem. Podany ze smakiem w pełni rozkwita, wpisując się w niezwykle newralgiczny moment w Hollywood (Spielberg trafia w dziesiątkę!). Widzimy, jak Kay Graham wkracza do pokoi pełnych mężczyzn u władzy, jej głos ledwie się przebija na zebraniach zarządu gazety, a najbardziej jest doceniana nie za kierowniczą pracę i kuratelę nad gazetą, lecz popisowe urządzanie przyjęć. Czy może być coś bardziej deprymującego? I choć Kay dobrze odnajduje się w swojej roli, stajemy się świadkami kiełkowania kobiecej pewności siebie i subtelnego, acz dosadnego moszczenia pozycji w męskim – stereotypowo – świecie. Równie dobrze w tym kontekście wypada rola Sarah Paulson, która jako żona Bena nie tyle cieszy się z jego sukcesów, co z osiągnięć Kay. Uwięziona w domu jako perfekcyjna gospodyni potrafi docenić siłę kobiecości.

Czwarta władza

Czwarta władza

Dziwić może nieefektowność Czwartej władzy. Spielberg tworzy obraz bez ornamentów, unika zdobień i barwnych plam, malując raczej w szarych odcieniach. Jak w Spotlight skupia się na żmudnym procesie pracy dziennikarskiej. Z fascynacją przygląda się czasom, kiedy dziennikarze mieli możliwość prowadzenia kilkumiesięcznego śledztwa, walczyli o rzetelność, a redakcje posiadały wielu wydawców. I choć poruszany temat kusi, by używać wielkich słów i inscenizacji, Spielberg unika fajerwerków, nie buduje efektownych scen, nie daje też słownych utarczek w stylu Sorkina. To raczej intymne spojrzenie na ludzi, którzy postanowili przeciwstawić się długotrwałemu statusowi quo, w którym władza szła pod rękę z prasą, kontrolując opinię publiczną. Spielberg ponownie pokazuje zwycięską bitwę w kameralnej odsłonie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *