„Whitney”, reż. Kevin Macdonald (2018)


– daję 8 łapek!

Kiedy zobaczyłam Amy Asifa Kapadii, myślałam, że nic mnie bardziej nie poruszy, nie dotknie. Tymczasem patrzę na historię Whitney Huston, czarnej księżniczki Ameryki, i nie mogę uwierzyć, jak talent i kariera wiążą się z bolesnym upadkiem. Kevin Macdonald postanowił odkryć to, co niewidoczne. Oddać hołd pięknemu głosowi i zbadać, co doprowadziło do upadku królowej. 

Whitney

Whitney

Słodka dziewczyna z mroczną przeszłością

Trudno patrzy się na małą, słodką dziewczynkę o promienistym uśmiechu, posiadając wiedzę o jej przyszłości i smutnym finale kariery. Whitney Huston należała do artystycznej rodziny, jej matka i kuzynki śpiewały, a ona sama była niemal zaprojektowana do osiągnięcia wielkiego sukcesu. Cissy Huston, niespełniona wokalistka, przelała na swoją córkę wszystkie ambicje i… udało się – Whitney osiągnęła sukces. Wspięła się na sam szczyt, dokonując przełomowych rzeczy dla czarnoskórej piosenkarki w Ameryce. Wspięła się na artystyczny Olimp, gdzie została pokonana przez własne demony. Zawieszona między dwoma osobowościami: wizerunkiem publicznym a prywatną uroczą Nippy nieustannie musiała stawiać czoła wyzwaniom.



Ulubienica mediów upada

Kevin Macdonald w Whitney poszukuje śladów z przeszłości, które mogły doprowadzić Whitney do upadku. Rozmawia z jej rodziną: matką i braćmi czy byłym mężem, odwiedza miejsca związane z jej osobą i pokazuje najważniejsze wydarzenia z jej życia. Nie skupia się tylko na samej Whitney, ale dostrzega sieć powiązań między zdarzeniami, amerykańską historią i otaczającymi piosenkarkę ludźmi. To zakreślenie szerokiego kontekstu kulturowego dodaje Whitney nowego i interesującego wymiaru. Widzimy, jak w tle podbijania list przebojów i triumfalnego zdobycia listy Billboard rozgrywały się historyczne wydarzenia, wojny, załamania pogodowe czy zmiany polityczne. Huston niezależnie od tego, co się działo, zyskała status mega gwiazdy i ikony. Ważnego symbolu dla Afroamerykanów. Tym bardziej uderza fakt, że w momencie kryzysu, ulubienica mediów i publiczności, została upokorzona i zmieszana z błotem.

To film poruszający, porywający serce i dojmujący,

wobec którego nie można przejść obojętnie.

I choć trzeba pamiętać, że wpływ na finalny kształt dokumentu miała rodzina Hudsonów, Whitney staje się słodko-gorzkim portretem popularności, dojmującej samotności i zagubienia, piętnującym złe decyzje całego jej otoczenia. To piękne zestawianie materiałów archiwalnych z rozmowami, niesamowite ruchy kamery, które niemal w hipnotyczny sposób wciągają w głąb opowiadanej historii. Przyciągają uwagę i utrzymują od początku do końca. Odpowiedzialny za zdjęcia Nelson Hume wciąga widza do środka. Prowadzi kamerę przez długie korytarze, a także w sprawnie porusza się po domu Whitney. Niesamowite wrażenie robią opuszczone, sterylnie czyste i pozbawione duszy przestrzenie jej posiadłości zestawione z archiwalnymi nagraniami Huston sprzątającej czy zmywającej w tym samym miejscu kilka lat wcześniej.

Whitney przypomina śledztwo, rodzinne wspomnienia i próbę przeprowadzenia terapii nad problemami z przeszłości. Mcdonald nie boi się niewygodnych pytań, drąży i zagłębia się w temat narkotyków. Choć członkowie rodziny nabierają wody w usta, nie ustaje w poszukiwaniu odpowiedzi. Jednak ten film to nie tylko gadające głowy i archiwalne nagrania. To film poruszający, porywający serce i dojmujący, wobec którego nie można przejść obojętnie. Patrzymy na smutne obrazy, podczas gdy w tle rozbrzmiewają nieśmiertelne przeboje, a głos niesamowity, anielski głos Whitney Huston wywołuje ciarki na plecach. Reżyser pokazuje jedną z najtragiczniejszych biografii w historii muzyki pop, która mogłaby się nie wydarzyć, gdyby Whitney dostała szansę na bycie po prostu sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *