Autor: Bernadetta Trusewicz

W 1995 powstaje zespół Nickelback i wszyscy zastanawiają się, jak ktoś o wyglądzie Jezusa może śpiewać taki soft rock. Tego samego roku w Polsce pojawiła się pierwsza płatna telewizja i Aleksander Kwaśniewski nie był jeszcze bohaterem najlepszych memów w Polsce, a prezydentem tego kraju. Nie oszukujmy się, prawdziwie historycznym wydarzeniem była premiera filmu „Jumanji”.

jumanji1

Czy ktoś z was nie marzył w dzieciństwie, by jego gra planszowa okazała się czymś więcej? By po jej rozpoczęciu wychodziły małpy, szalały monsuny i nawet zaakceptowalibyście te monstrualne pająki, jeżeli ze środka za chwilę wyskoczy sam urwis Robin Williams z uśmiechem zmniejszającym głód na świecie. U mnie skończyło się na przegrywaniu w bierki, ale wielokrotny seans „Jumanji” i kultowe bębny dudniące mi w głowie przez pół dzieciństwa, zrekompensowały deficyt magii dnia powszedniego.

Jeżeli jesteście tymi, na których nie zrobiłoby już wrażenia nawet z 10D, a własną fantazję zamieniliście na cudze fantasy, to jesteście straceni i pewnie czekacie na remake filmu. Ja po dwucyfrowej ilości lat filmowej odysei, w której dotarłam do naprawdę najmroczniejszych, ale i najwznioślejszych zakamarków kina, oglądam film o grze planszowej z tą samą dziecięcą naiwnością i ciekawością. Wiem też, że nie jestem wyłącznie otumaniona nostalgią. Gdybym pisała recenzje, kiedy jeszcze nie miałam zębów ani konta na filmwebie, powstałby pewnie bełkot. Jednak niezależnie od warsztatu chodzi cały czas o  to samo: W tym filmie chce się zamieszkać.

„Jumanji” to naprawdę rasowe kino przygodowe, jeżeli to jeszcze nie anachronizm. W kinie od zawsze chodziło o adventure time, zawstydzenie ograniczeń ludzkiej percepcji, więc powolne podzielanie losów dinozaurów przez ten gatunek to jakaś patologia fantazji. Kino przygodowe zostało wchłonięte przez kulturę nadmiaru. Zagadywanie wyobraźni dziecięcej, rozleniwianie jej, to choroba cywilizacyjna. Jestem pewna, że przy tych wszystkich zabawkach i seryjnym podpinaniu dziecka pod prąd, dom zarastający lasem nie zrobi wrażenia na dziecku. Na mnie zrobił, robi do dzisiaj.

jumanji

„Jumanji” jest też kinem, które nie boi się zaangażować trochę symboliki i przenośni, mimo dziecięcego odbiorcy. Gra planszowa jest jak życie – to tylko brzmi pretensjonalnie. Rozpoczynasz i nie możesz zawrócić, przestać grać. Każdy rzut kostką niesie ze sobą konsekwencje – jednym ruchem możesz rozpętać piekło. To proste, ale mądre i potrzebne.

„Jumanji” jest fantastycznym dissem na pragmatyzm i automatyzm. Rodzeństwo (dziewczynkę gra Kristen Dunst w warkoczykach, uwaga!) które wprowadza się do mieszkania i słyszy nawoływanie schowanej na strychu gry, powinno zaraz wychodzić do szkoły. Jednak wybierają powrót na górę, no i dzięki temu zaczyna się podróż za niejeden uśmiech, ale przede wszystkim przerażenie.

To jest momentami mocno feel good movie, oczywiście. W pewnych sekwencjach prostolinijne, ale myślę, że bardziej adekwatnie będzie użycie słowa – prostoduszne. To familijny dreszczowiec z naprawdę epizodycznie dobrym poczuciem humoru, nie kino analityczne i kontemplacyjne. Cenny, ostatni sprawiedliwy przy boku  chociażby „Niekończącej się opowieści” czy „E.T”.

jumanji2

Co się zmieniło w moim odbiorze, prócz możliwości obejrzenia filmu po 22 bez krzyku rodziców? Nieodwracalna kwestia nieżyjącego już głównego bohatera – Robina Williamsa. To jego uśmiech stał się powodem radości tysiąca dzieciaków przed telewizorami. Już przecież kilka lat wcześniej publicznie przyznał się do bycia Piotrusiem Panem – wtedy to była tylko rola. Później w kontekście jego zmagań z życiem, brzmi to o wiele tragiczniej. Dlatego niewątpliwie jego obecność na ekranie zawsze wysyła mój profesjonalizm na urlop i zawyża noty – czasami słusznie, czasami mniej. To on całe życie zakładał czerwony nos, bo nie mógł znieść cudzego smutku, a własnego się pozbyć.

Moja podróż do przeszłości nie ukruszyła nic z fenomenu filmu Joe Johnstana, który dzielnie podjął się zadania adaptacji tak rozwiązłej w wyobraźni książki Chrisa Van Allsburga. Nie przeszkadza gumowy lew, a mało subtelnie wklejone małpy dalej bawią i nie powinny się niczego wstydzić przy „Avatarze”. Do tego grający w tle James Horner, to nie tylko sentymentalna podróż, a zjawiskowa historia muzyczna. Przyznaję, pojawiła się jednak nowa myśl: czy idąc tropem magicznej gry, za 24 lata (Williams zmarł dwa lata temu) Robin powróci?

 

 

 

 

About the Author
Related Posts

Nowe Horyzonty 2024 ruszają już 18 lipca we Wrocławiu. To już 24. edycja tego święta kina, podczas...

Filmowy społecznik nie odwraca wzroku od bolesnych spraw bieżących. Ken Loach od lat przygląda się...

Powiedzieć, że mam trudną relację z filmami Christian Petzolda, to jak nic nie powiedzieć....

Leave a Reply