„120 uderzeń serca”, reż. Robin Campillo (2017)


– daję 6 łapek!

W 120 uderzeń serca czuć ducha kina społecznie zaangażowanego w stylu Kena Loacha i braci Dardenne. Francuska epidemia AIDS stała się palącą sprawą, w której dużą rolę odegrały inicjatywy społecznej, protesty i głośne mówienie o kłopotach i braku odpowiedniej obiekt medycznej dla chorych osób. Robin Campillo pokazuje intensywne działania grupy Act up, która została założona przez grupę znajomych zdesperowanych, by wywalczyć dostęp do niezbędnych leków. Sieją ferment, burzą ład i rozsadzają zastany status quo, ale daleko im do rewolucjonistów.

120 uderzeń serca

120 uderzeń serca

120 uderzeń serca – spokojne bicie serc

Campillo przedstawia zaklęty krąg powtarzalnych akcji. Transowe imprezy w rytmie muzyki house stają się poetycką odskocznią od ciągłego jazgotu dialogów. Co tygodniowe spotkania Act up przepełnione są dyskusjami i merytorycznymi rozważaniami, jak daleko trzeba się posunąć, by zwrócić uwagę polityków i doprowadzić do istotnych zmian nie tylko w kwestii leczenia, ale przede wszystkim w zwiększaniu świadomości i prewencji. Z grupy aktywistów wyróżniają się Sean (Nahuel Pérez Biscayart), zdrowy Nathan (Arnaud Valois), Thibault (Antoine Reinartz) oraz Sophie (Adele Haenel). To oni stają się przewodnikami po tym świecie. Jednak przede wszystkim mają emocjonalnie angażować widzów.

120 uderzeń serca to dwa filmy w jednym. Opowieść o aktywistach oraz dramat miłosny, w którym pragnienie szczęścia nie ma satysfakcjonującego finału. Campillo nie do końca udało się zrównoważyć te dwa światy. Samo otwarcie filmu jest niezwykle surowe, a bohaterowie przedstawiają zasady działania Act up i reguły panujące podczas spotkań. Krótkie wprowadzenie dla nowych członków przeradza się w nieco nudny wykład i tak też jest z większością spotkań, które toną w nieco egzaltowanych dialogach. Planowanie i zorganizowane akcje, choć efektowne, przyćmiewają osobowości jednostek.

Romans między Seanem a Nathanem ma równoważyć tę suchą relację, ale staje się tylko pięknym wizualnym dopełnieniem całości. Gloryfikacja cielesności, uwielbienie dla sensualności i pochwała miłości stają w kontrze do szarej rzeczywistości, braku zrozumienia i umierania. Campillo ma oko do szczegółów, potrafi obserwować i pokazywać małe – niemal niewidoczne – reakcje, które ustalają kierunek debaty i siły wysuwanych argumentów. Mimo tego wciąż towarzyszy nam uczucie niedosytu.

120 uderzeń serca

120 uderzeń serca

Gdy szukamy pokaźnej lekcji empatii, 120 uderzeń serca doskonale spełnia się w tej roli. Nie popada w patetyczne tony, nie osuwa się w mielizny taniego sentymentalizmu, ale rzetelnie przedstawia działalność paryskiego ruchu Act up. Szkoda, że prywatne życie bohaterów, osnute mgiełką tajemnicy, nie potrafi wystarczająco zaintrygować i zaangażować. Miks polityki, dokumentu i historii miłosnej zostawia widza obojętnego na losy bohaterów. Szkoda, że tak bardzo wieje nudą.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *