– daję 8 łapek!

Oczekując rubasznej szopki pełnej chwytliwych tekstów i prowokujących obrazków, można przeżyć spore rozczarowanie najnowszym filmem Wojciecha Smarzowskiego. Kler to kolejna wiwisekcja polskości. Tym razem reżyser Drogówki bierze na celownik instytucję kościoła, a raczej funkcjonujących w niej ludzi. Nie bawi się w pokazywanie czarno-białego świata. Jego rzeczywistość zawsze pełna jest odcieni szarości i niejednoznacznych ocen, które bardziej niż do śmiechu prowokują do wyciszenia i smutnej refleksji nad człowieczym losem.

Kler

Kler

Kler nie jest świecącą błyskotką, która ma cieszyć oczy gawiedzi. Po pierwotnych fajerwerkach i komediowym sznycie, śmiech więźnie w gardle, a pocieszni księża obnażają swoje prawdziwe oblicze. Na szczęście Smarzowski nie popada w skrajne przerysowanie, buduje zniuansowane portrety i niemal do samego końca nie daje jasnych odpowiedzi, czy aby na pewno wszyscy zasługują na potępienie. W końcu Kler staje się opowieścią o samotności, zagubieniu i potrzebie bliskości, a także chciwości i niepohamowanej chęci władzy. Z dala od oskarżycielskiego tonu, reżyser punktuje i piętnuje wszystkie grzechy kościoła, które w ostatnich latach gościły na łamach mediów: łamanie celibatu, pedofilia, łapówkarstwo czy ustawianie przetargów. Ogromnie pieniądze i władza stają się doskonałą motywacją do prowadzenia politycznych rozgrywek, ale ta dobrze naoliwiona machina pełna jest niedoskonałości.



Trzech księży połączyła wspólna tragedia. Teraz, raz do roku, spotykają się, by uczcić ten mały cud życia. Upijają się do nieprzytomności, a potem każdy rozjeżdża się do swoich spraw i parafii. Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to wysoko postawiony duchowny z wielkimi wpływami, który marzy o Watykanie, Trybus (Robert Więckiewicz) jest wiejskim proboszczem z problemem alkoholowym i kobietą u boku, a Kukuła (Arkadiusz Jakubik) uczy dzieci i wkrótce zostaje oskarżony o pedofilię. Wszyscy muszą lawirować w chaosie ludzkich oczekiwań, sądów i własnych demonów. A gdzieś na czele tej kościelnej hierarchii znajduje się arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), który posiada niebywałe wpływy, pozwalające mu manipulować faktami, zastraszać i budować własną rzeczywistość.

Kler

Kler

Nie wszyscy u Smarzowskiego są jednoznacznie źli, a reżyserowi daleko od politycznej agitki i bezwzględnego, pełnego śmiechu linczu. W swojej opowieści bliżej mu do empatycznego portrety Małgorzaty Szumowskiej z W imię…niż rozbuchanych wizji kolejnych środowisk Patryka Vegi. Ogromna w tym zasługa spójnego i przejmującego scenariusza, który przeprowadza nas przez opowiadaną historię niczym przez rasowy kryminał. Smarzowski trzyma w napięciu, piętnuje złe zachowania, ale szuka źródła problemu. Daje swoim bohaterom możliwość odkupienia i robi to w wielkim stylu.

Kler przynosi satysfakcję nie tylko na poziomie intelektualnym, ale również w warstwie wizualnej. Zdjęcia Tomasza Madejskiego są wyciszone, nie rażą feerią rozbuchanych barw. Całości dopełnia niezwykle emocjonalna muzyka Mikołaja Trzaski, który ponownie tworzy charakterystyczne plamy dźwiękowe, osiągające apogeum w finale.

Wojciech Smarzowski pozostaje wierny swojemu stylowi. Tzw. „smarzowszczyzna” wylewa się w ekranu: jest ogień, siekiera i hektolitry alkoholu. Pojawia się zbrodnia, ale znajduje się miejsce na karę. Jeśli się śmiejemy, to tylko przez łzy. Kler hipnotyzuje, szokuje – choć w dużo mniejszym stopniu niż Drogówka czy Wołyń – i nie pozostawia obojętnym. A do swojego świata wprowadza nutkę nadziei. Jest krytycznie i ostro, ale nie bez idealistycznego podejścia, że może będzie lepiej.

 

Related Posts

 – daję 7 łapek! „Bienvenue à Marly-Gomont” przywodzi na myśl „Jesień we Francji” – późniejszą...

-daję 9 łapek! Jordane Peele wyrasta na mistrza intelektualnego horroru. Pod powierzchnią...

Miłość może dodawać skrzydeł, budować i pobudzać do działania. Bywa też destrukcyjna. Przekonuje...

Leave a Reply